TAJNE AKTA MIECZY

W wielu przypadkach muzea oraz instytucje nie udostępniają informacji o eksponatach – nie wiemy dlaczego tak się dzieje. Niektóre miecze opisane w starych książkach znikają bez śladu. Na drodze do wiedzy o historii i kulturze naszego kraju – która powinna być publiczna i powszechnie dostępna – stoi ignorancja urzędników oraz biurokratyczny beton. Współczesne znaleziska mieczy oraz ich dokumentacja jest dostępna jedynie wąskiemu gronu naukowców. Obowiązuje także bezpodstawny ZAKAZ FOTOGRAFOWANIA mieczy w wielu muzeach. Nasuwa się pytanie dlaczego tak ogranicza się dostęp do eksponatów? Chodzi wszak o wymiary i zdjęcia średniowiecznych mieczy a nie o plany broni jądrowej…

Z prawdziwą przykrością i rozczarowaniem postanowiłem napisać o utrudnianym przez cały niemal czas dostępie do eksponatów i bezpodstawnej podejrzliwości, z jaką spotykam się czasem – choć nie zawsze – ze strony przedstawicieli muzeów lub innych instytucji, do których zwracamy się z prośbą o udostępnienie informacji na temat mieczy średniowiecznych.
Trudno jednoznacznie określić skąd ta powściągliwość, czy wręcz niechęć, się bierze – czy jest to pozostałość po komunistycznych przepisach czy zwykłe lenistwo urzędnicze, w każdym razie nie ma sensownego uzasadnienia w postępowaniu, dzięki któremu ogranicza się dostęp do wiedzy. Wiedza ta, w przypadku mieczy średniowiecznych tak słabo reprezentowana w rodzimych publikacjach, nie doczekała się opracowań, które mogłyby, nie tylko przecież naukowo ale i w sposób propagatorski, być przekazana wszystkim zainteresowanym.

Mamy wspaniałych naukowców i badaczy, których wyniki prac niemal nie są dostępne, prawie nie są publikowane, mamy świetnych fachowców konserwatorów, których metodyka i owoce pracy są utrzymywane w takiej tajemnicy niemal jakby była to tajemnica państwowa z czasów zimnej wojny. Typowy jest kompletny brak odzewu na listy w których uprzejmie proszę owe instytucje o krótką notkę odnośnie ich pracy, metodyki – nie referat lub wykład lecz kilka zdań, które przybliżyłyby wszystkim zainteresowanych jakże ciekawe sposoby konserwacji znalezisk mieczy. Nic tego nie tłumaczy, jest to bezzasadne i niekulturalne zachowanie, zresztą rzucające niekorzystne światło na całą pracę wykwalifikowanych fachowców.

Bezpodstawna tajemniczość oraz biurokracja towarzyszy w równym stopniu kontaktom z niektórymi muzeami, które wzięły chyba za standard ignorancję wobec wszystkich zainteresowanych ich eksponatami, prócz tych którzy w kasie zostawiają pieniądze. Nie pomaga informacja że wszystkie dane udostępniamy na stronie za darmo, że nie zarabiamy na tym a chcemy jedynie stać się kompetentnym źródłem informacji – również na temat danej placówki, która zresztą w ten sposób jest reklamowana za darmo.
Uparte w swej ignorancji osoby wciąż blokują dostęp ludzi do informacji które są własnością publiczną. W ostatnim czasie nawet – w odpowiedzi na moją prośbę o informacje o eksponacie na podstawie których chciałem napisać artykuł – otrzymałem absurdalne oświadczenie iż jestem domniemanym „oszustem i naciągaczem, nie mam pojęcia o mieczach” i prawdopodobnie chcę uzyskać informacje o eksponatach w jakimś komercyjnym celu. Towarzyszył temu arogancki ton oraz zarzut braku kompetencji. Osoba nie zrozumiała nawet o co prosiłem i od razu przeszła do obrażania. Na szczęście to odosobnione przypadki…

Lecz niestety takich mamy „ekspertów” że gdy niegdyś na znanym portalu aukcyjnym pewien kowal sprzedawał swoje wyroby jako stare oryginały, został zatrzymany przez Policję, zaś „eksperci” stwierdzili oglądając jego wyroby iż są to niewątpliwie średniowieczne ORYGINAŁY! O sprawie zrobiło się nawet głośno a po opinii ekspertów zdarzenie uznano za sukces. Zaś ja oglądając te „miecze” już na zdjęciach w aukcji śmiałem się z tych co się dali nabrać i licytują, bo wszak widać od razu co jest efektem naturalnej korozji a co jest czernioną odkuwką kowalską, wyrobem współczesnym – zresztą miecz posiadał geometrię niezgodną z odpowiednikami z epoki! Strach pomyśleć co owi „eksperci” jeszcze mogli uznać za oryginały…
W jednej z największych polskich zbrojowni widziałem już wśród oryginalnych mieczy, kilka współczesnych podróbek wykonanych w ten sposób. Po pierwszym szoku przypomniałem sobie wyżej opisane przypadki i zdałem sobie sprawę że muszę uważniej patrzeć na to co oglądam w muzeach, przez wzgląd na „dyplomowanych ekspertów”. Nie chcę jednocześnie ubliżyć kompetentnym osobom, których wkład jest ogromny w rozwój wiedzy na temat broni średniowiecza oraz eksponatów, a które to osoby niezmiernie szanuję i jestem zawsze gotowy do merytorycznej dyskusji. Są jednak jak widać także „eksperci” o znikomych kompetencjach, ponieważ w tej sytuacji już pierwszy kontakt wzrokowy z podróbką winien uzmysłowić im z czym mają do czynienia…

Są też na szczęście i muzea które życzliwie i ze zrozumieniem podchodzą do całej naszej inicjatywy – która przecież promuje te instytucje, jak i same eksponaty. Na szacunek zasługują osoby oraz instytucje które SŁUŻĄ wszystkim zainteresowanym posiadanymi informacjami – które wszak winny być publicznie jawne, gdyż jest to wiedza z zakresu naszej historii i kultury! Tym bardziej że na podstawie uzyskanych informacji możemy wyciągać wnioski, prowadzić analizy typologiczne, archiwizować dane, które potem służą postępowi w badaniach – nie tylko naukowych ale również amatorskich, czyli takich które niejednokrotnie są fundamentem naukowych teorii. Jakkolwiek daleko by nie sięgać wyobraźnią, wiedza powinna być ogólnie dostępna – a nie jest.

Pragnąc ustalić dokładne parametry pewnego miecza muzealnego, miałem okazję dotrzeć do trzech różnych wersji jego wymiarów – pierwsza podana w książce Mariana Głoska, druga pochodząca z dokumentów muzeum oraz trzecia podana bezpośrednio przez opiekuna działu. Wszystkie różniły się zasadniczo! Dopiero na moją prośbę opiekun działu dokonał dokładnych pomiarów – za co serdecznie dziękuję. Oczywiście nie obeszło się bez drogi urzędowej – pisania podań, udzielania przyzwoleń, etc. Droga taka jest długa – trwało to kilka miesięcy a mówimy o jednym tylko mieczu!

W przypadku innego miecza, którego wymiarów próbowałem się dowiedzieć – okazało się że eksponat został przeniesiony do innego muzeum a z niego jeszcze do trzeciego, w którym aktualnie go nie ma! Miecz ów zniknął i ślad po nim zaginął. Kto wie ile jeszcze egzemplarzy to spotkało…

Zdarzają się współcześnie przypadkowe znaleziska mieczy (w trakcie budowy, wykopalisk, amatorskich poszukiwań, orki, etc) – o niektórych z nich czasem pisze się w lokalnej prasie. Śledząc takie znaleziska – przekazywane potem do miejscowego muzeum a następnie do właściwej placówki konserwatorskiej – pisałem wiele próśb w sprawie udzielenia informacji dot. tych wspaniałych znalezisk. Nie otrzymałem ŻADNEJ ODPOWIEDZI. NIGDY. To chyba także jest tajemnica państwowa, której strzegą absurdalne przepisy oraz prymitywna ignorancja urzędników. Nie da się przebić przez ten beton i kto wie jak te bariery można złamać.

Kolejna sprawa to ZAKAZ FOTOGRAFOWANIA obowiązujący wciąż w wielu muzeach pomimo wyraźnego stanowiska UOKIK i będący w zasadzie niezgodny z obowiązującym Prawem. Trudny w interpretacji zapis wyroku sądu w pewnej sprawie z roku 2010, nie reguluje wprawdzie jasno tych kwestii pozostawiając nadal „furtkę” owym zakazom. W wielu muzeach czy miejscach dla zwiedzających w innych krajach, mamy opłaty za fotografowanie – są to drobne opłaty, dzięki którym uzyskujemy zgodę na wykonywanie zdjęć w danym miejscu. Najczęściej z uwagi na oddziaływanie światła flashy ich użycie jest zabronione, co jest zasadne. Nie ma jednak podstaw aby po prostu zabronić robienia zdjęć na zasadzie BO NIE I JUŻ! – A tak niestety właśnie jest często w naszym kraju. W świetle Prawa muzeum z definicji nie jest przedsiębiorcą więc nie ma prawa zakazywać fotografowania zbiorów – gorzej jednak jak wyegzekwować od muzeów swoje prawo do zrobienia zdjęcia, skoro UOKIK w tych przypadkach radzi po prostu zaskarżać muzeum do sądu…
W ten sposób fotograf-entuzjasta ma zawiązane ręce w przypadku zakazu – może jednak i powinien powołać się na swoje prawa jako zwiedzający i takiej zgody żądać. Owszem, ale któż by jednak chciał miłe popołudnie w muzeum przeistaczać w biurokratyczną batalię?
Powstaje pytanie – czy muzea faktycznie są dla nas? Czy my jesteśmy dla nich?

Zapewne w przypadku dostępu do wiedzy z zakresu historii i kultury, dot. konkretnych zabytków jest podobnie – możemy w świetle prawa upominać się o dostęp do nich, ich dokumentacji, zdjęć – gdyż są one częścią naszej Kultury i Historiia do niej wszyscy winniśmy mieć pełny dostęp, jakkolwiek wzniośle by to nie brzmiało, mówimy przecież o naszych wspólnych dobrach…

Zwracam się zatem do muzeów oraz wszelkich instytucji, uczelni oraz pracowni: proszę nie utrudniać dostępu do informacji entuzjastom, ludziom zainteresowanym historią i kulturą naszego kraju. Nie róbmy z tego tajemnicy, elitarnej wiedzy dostępnej jedynie dla „wybranych”. Większości zwiedzających wystarczy obejrzenie eksponatów w muzeum ale istnieje także szerokie grono zainteresowanych osób, które chcą pogłębiać swoją wiedzę o informacje odnośnie danej dziedziny lub grupy eksponatów – ich pochodzenie, wymiary, historię, ponadto kolekcjonują oni zdjęcia eksponatów a swoje zbiory udostępniają innym entuzjastom nieodpłatnie. Proszę powyższe instytucje aby umożliwiać takim osobom dostęp do eksponatów, oczywiście z zachowaniem wymaganego bezpieczeństwa, szacunku oraz na dogodnych dla wszystkich warunkach.

Maciej Kopciuch

Dodaj komentarz