„Mieczy ci u nas dostatek …”

… oj tak, ale jakich?

Okazuje się że wśród naszych rodzimych wytwórców oręża turniejowego, takoż i replik wszelakich,
panują jakieś nowoczesne trendy, mody lubo jakaś zmowa co ma na celu wprowadzanie zamętu strasznego w szeregach opancerzonej braci i miłośników broni dawnej.
Przejawia się to wszystko na przeróżne sposoby – niechlujne wykończenie, totalna ignorancja do kwadratu wobec historycznych faktów w odtworzeniu broni z epoki, fantazje własne, zwodzenie i unikanie klientów – i mam powody by przypuszczać iż dzieje się tak nie tyle z powodu zaplanowanych z premedytacją ustaleń pomiędzy twórcami, ale z powodu czystej głupoty, chamstwa i niewiedzy, powielania czyichś błędów,  które wszedłszy do kanonu nowoczesnego wytwórstwa, po pewnym czasie zyskują sobie coraz to nowsze groteskowe odmiany a także abstrakcyjną filozofię, dopisaną na potrzeby bardziej dociekliwych klientów, do całego tego bajzlu.

Załóżmy więc że chcę zamówić miecz – u naszych znanych kowali czy ślusarzy. Rzecz jasna pierwej wybieram sobie egzemplarz z muzeum który mi pasuje, przygotowuję opis, wymiary, rysunek techniczny, zdjęcia – normalka, przecież za to będę płacił – w innym wypadku kupiłbym płaskownik i sobie „wystrugał” szlifierką coś do łupania. szukam w necie wykonawcy – najpierw znajduję spisy, rankingi, opinie na forach – skrajnie sprzeczne lub pisane w wielu przypadkach przez kilkunastoletnich „bronioznawców” od siedmiu boleści o groźnych nickach. Błądzę po omacku więc i wysyłam maile i dzwonię, etc…
Część odpowiedzi przychodzi, część adresatów to zlewa kompletnie, część nie odbiera telefonu w ogóle bo po co – przecież to tylko klient – a być może jakiś natręt co już czeka na miecz rok a miał mieć za 3 miechy… Eee, po co odbierać. W końcu udaje się porozmawiać z jednym czy drugim. Termin o który pytam – miesiąc czasu – u jednych wywołuje szyderczy śmiech u innych po prostu zdziwienie. Nie ma takiej możliwości żeby miecz zrobić w miesiąc – a dobry miecz to już w ogóle jest termin science fiction.
Zrobienie wg wymiarów z muzeum – chodziło o zwykły, typowy miecz jednoręczny z XIIIw. z muzeum ze Szczecina – to jest osobny problem – bo tam za szeroko, tam za grubo by było, tam inaczej niż się teraz robi, etc… Widać że ten zwykły średniowieczny miecz wydaje im się co najmniej dziwny. W końcu dogaduję się jakimś krzywym kompromisem z trzema twórcami żeby w ogóle zamówić. Terminu jednoznacznie nieprzekraczalnego nie uzyskałem od żadnego. Niby w miesiąc zrobi, ale jak się nie uda to nie będzie. Bez komentarza.
Pytam dalej czy na tym moim wzorze jest w końcu wszystko jasne – słyszę TAK – ale jakoś tak bez przekonania i już wiem że facet myśli o mnie jak o dziwaku co wymyśla Bóg wie co, a wziąłby se sztabe i powalił z uciechą po łbach a potem na piwo poszedł, a nie roztrząsał tu o tym gdzie ma się kończyć zbrocze, czy jaki głownia ma mieć przekrój w zastawie… Eh, no tak – a czegóż się spodziewać tu za kilkaset złotych niby? Cóż – wszak nie wymagam więcej pracy a tylko inaczej. A gdy w końcu mówię że dopłacę i pytam ile – to sam nie wie jak się ma zachować bo już miał nadzieję że może sobie odpuszczę. Niby jest na tak ale sam nie wie czy zrobi. Jakoś się zrobi – rzecze z marsową miną „kowal”. Nie daje mi spokoju to zbrocze więc pytam czy na pewno będzie wchodziło na trzpień, tak jak w tym mieczu z muzeum z XIIIw? Słyszę: A to nie, tak nie zrobimy”.
Kurka, myślę, jakiś techniczny problem się pojawił, ale Pan szybko dodaje: „…to bardzo osłabia trzpień”.
Zamurowało mnie na chwilę. Kowal dodaje – „Ten na zdjęciach to na pewno był przerobiony z jakiegoś dłuższego, dlatego tak dziwnie ma zbrocze na trzpieniu”. Mówię przeto że nie był przerabiany i wszystkie miecze w muzeum – nie tylko w Szczecinie ale i na całym świecie – mają zbrocza wchodzące pod jelec (nie wliczając katowskich  i dosłownie kilku nietypowych wyjątków, które dobrze znam).
Po dłuższej chwili konsternacji słyszę tylko „No dobra, możemy tak zrobić jak Pan chce”.
Więc okazuje się że on wiedział lepiej od średniowiecznych kowali jak to wszystko się robi, znał ich błędy, potrafił im zaradzić i chwała mu że mnie jeszcze ostrzec chciał.  A ja niewdzięczny trzymałem się tego badziewiastego, wybrakowanego wzoru z muzeum. A teraz dostanę osłabiony miecz – nie wiem czy zdatny w ogóle do walki. Przecież ten kowal wiedział dobrze jak ma być zrobiony miecz do walki na śmierć i życie – w końcu 700 lat postępu przyniosło chyba efekt i teraz już możemy robić bardziej wytrzymałe miecze niż nasi prymitywni ziomkowie z wieków ciemnych.
Wybaczcie sarkazm ale nie znajduję wprost słów komentarza innego niż to…
Kolejna sprawa problematyczna – prosty i cienki jelec. „A to takie coś słabo chroni i w ogóle się powygina Panu”. I pokazuje mi jakie jelce „się robi” a nie jakieś tam z albumów z muzeum bo takie to ładnie w książkach może i wyglądają albo w gablocie w muzeum ale boju to jak mówi nie wytrzyma to to… Bo jelca głównym wzorem i świętym jak się okazuje i jedynym takoż panującym wszem i wobec, jest jelec Szczerbcowy (który notabene był dodany później do bojowej głowni z X-XIw. w celach ceremonialnych). Innego kształtu być nie może i nie chce być – panuje ten wzór w Czechach i Polsce.
Zatem mamy u kowali jelce zagięte w dół i rozszerzone na końcach we wszystkich niemal mieczach jakie robi się, po cholerę jaką, nikt nie wie ale tak się robi i już… Nieważne że jest to bardzo późna i rzadka odmiana a w muzeach spotykana bardzo sporadycznie (jest tylko kilka egzemplarzy w Europie o takim typie i wszystkie niemal mają tylko po to rozszerzane jelce aby na nich można umieścić dekoracje). Wygięty zaś jelec ku dołowi jest bardzo częsty w późnych mieczach na zachodzie Europy aczkolwiek ma najczęściej końce zwężąjące się ku czubkom a nie rozszerzone. Rzadkość występowania takiej odmiany jaką próbują nam wciskać współcześnie twórcy jest dobrze udokumentowana w publikacjach zaś ich fanatyzm wręcz w nachalnym robieniu po swojemu jest chyba przejawem jakiejś obsesji pozbawionej logicznego podłoża.
Inny przypadek kuriozum to dwóch znanych kowali-ślusarzy którzy jelce nitują do głowni żeby się lepiej trzymały. Bo oni wiedzą lepiej przecież. Co z tego że w średniowieczu tak nie robili – pewnie wiertarek nie mieli, albo co. Alibo za głupi byli po prostu żeby na to wpaść chłopiny. Teraz wreszcie znaleziono sposób na luzujące się jelce i głowice – oto nity i spawy – a jakże, nie przesłyszeliście się – spawany jelec wszak lepszy od ciasno zakutego! „By walczyło się lepiej!”. Nasi współcześni kowale –
„inżynierowie” metalurdzy znaleźli nowe sposoby. Oto duch nowoczesności Panie i Panowie. Koniec kłopotów z mieczami.
To mówię jednemu i drugiemu grzecznie że tak nie było – wśród konsternacji rzecz jasna, bom dziwak jakowyś niechybnie. Po lekkim oburzeniu że jakoby ja im chcę rady dawać a przecie to oni wiedzą lepiej bo robią miecze – zgoda jest na taką konstrukcję, jaką niebożęta w średniowieczu wymyślili sobie.
Potem mówimy o naostrzeniu głowni. I już po kilku chwilach zaczynam się bać o to czy to co dostanę choć w przybliżeniu będzie przypominać to co jest w muzeum. Alem sobie wymyślił, nie ma co – żeby mieć miecz wyglądający jak te prawdziwe których pełno w muzeach Europy! Szczyt arogancji i pychy.
Ciekawi mnie także sprawa hartowania – o kuciu wiem że mogę zapomnieć bo wszystko wystrugane szlifierką z płaskowników, więc skupiam się na właściwościach gotowego miecza. „Głownia będzie zahartowana że mozna wygiąć ją o 90 stopni albo i więcej” – jak się dowiaduję. Boję się spytać po co mi takie coś bo znowu jakiś kwas będzie. Okazuje się że współcześnie im miecz mozna bardziej wygiąć tym lepiej – nieważne że nie chcesz mieć chińskiego miecza typu jian który miał właśnie takie właściwości. Miecze europejskie były sztywne i twarde ale i sprężyste – mniej lub bardziej – ale żeby je wyginać w łuk? Po co u diabła? Gdzieś mi z boku świta myśl że te wszystkie przeinaczenia mają związek z typowym przeznaczeniem obecnie produkowanych mieczy, czyli walki turniejowe.
Dzięki temu mamy takie stalowe mutanty, bo ktoś sobie powymyslał że takie właściwości i kształty będą lepsze. Co za tym idzie, także koszt takiego badziewia musi być niski – i wysoki być nie może skoro one wszystkie wg jednego szablonu czynione są niemalże – głownia szeroka ledwo na 40-45mm, zbrocze urwane 5cm przed ljelcem i jelec wygięty w dół i rozszerzaany – oto szablon nie do pokonania. Stąd moje wizje wykonania repliki muzealnej mogą wywoływać taki szok u kowali. Mogą – ale nie powinny, bo winni oni wiedzieć jak w ogóle miecze oryginale wyglądały. A jak widać nie mają o tym ani zielonego ani nawet fioletowego pojęcia. Nie mam zamiaru w tym tekście wyjaśniać jak wyglądały miecze średniowieczne, bo to każdy kto ma oczy i mózg widzieć może i znaleźć bez problemu. To jednak co się wyprawia w tym „przemyśle” woła o pomstę do nieba. To jest jawna kpina.

Pełen zatem zaprawionego goryczą politowania nabieram pomału zniechęcenia w tych wszystkich przeprawach słownych z wytwórcami. Nierówny kompromis staje się jedynym sposobem żeby w ogóle mieć jakikolwiek miecz, nie wiadomo zresztą kiedy i co się potem w sumie dostanie. Dziwne że oni wszyscy mają o sobie bardzo wysokie mniemanie. No bo żeby kazać komuś czekać na miecz ponad rok?
A na koniec szczególnie ciekawy, wręcz anegdotyczny przypadek – gdy juz po wszystkich ustaleniach ze znanym wytwórcą otrzymałem miecz – zacząłem go mierzyć czy się wszystko zgadza. Oprócz mniej istotnych nieścisłości, Szerokość głowni przy jelcu miała być 55mm – mierzę: jest 49, co rzecz jasna zmienia proporcje całego miecza. Piszę więc uprzejmie do człowieka że coś tu nie jest tak jak być powinno z przeświadczeniem że ani chybi jakaś pomyłka zaszła. Otrzymuję odpowiedź – że widocznie ja mam złą miarę bo jego profesjonalna suwmiarka pokazywała 55mm. Wyraźnie wzburzony dodaje on na koniec maila: „Czy Pan wie ile trzeba rozbijać płaskownik żeby taką szerokość uzyskać? Niech Pan sobie kiedyś spróbuje”. Myślę że komentarz do zdarzenia jest zbędny.

… Od czasu napisania powyższego artykułu mija już 6 miesiąc – nie mam żadnego z zamówionych u 3 różnych osób miecza. Z pierwszym który się tego podjął kontakt całkowicie się urwał, drugi od 2 miesięcy mówi: „niech Pan zadzwoni w przyszłym tygodniu”, a trzeci przysłał mi po 3 miesiącach czekania i ponaglania zdjęcia czegoś co w ogóle nie przypominało wzór. Tak właśnie to wszystko wygląda w praktyce…

Esej M.K. czerwiec 2012 r.

Dodaj komentarz